sobota, 30 kwietnia 2011

O Polsce przed triduum patriotycznym

http://redlog.pl/wp-content/uploads/2008/06/ilustracje/polska_kibice_05.jpgPolityka to bagno. Warto się jej przyglądać, ale dla własnego dobra najlepiej zbyt głęboko w nią nie wchodzić. Im głębiej w las, tym więcej drzew. Im dalej w politykę, tym więcej syfu i pomyj.

Obserwowanie polityki może być bardzo ciekawym zajęciem i przysparzać wielu emocji. Przewidywanie ruchów poszczególnych stronnictw, analiza i ocena posunięć mogą dać dużo przyjemności - wzrasta ona wraz z wyrobieniem politycznym obserwatora. Z kolei walka polityczna daje jedynie frustrację w wypadku porażki i niezdrowe zadowolenie w przypadku zwycięstwa.

W polityce zawsze są ofiary. Zdrada, kłamstwo, oszustwo - to codzienne narzędzia pracy. Idee mogą posłużyć do stworzenia zgrabnej figury retorycznej, tak samo jak program może pomóc w zdobyciu poparcia określonej grupy wyborców. Wszystko to jest jednak cyniczną grą o władzę. Dopiero po zwycięstwie zaczyna się prawdziwa praca dla ojczyzny - albo i nie zaczyna się nigdy, czego dowodem mogą być ostatnie lata.

Polska polityka jest bagnem do kwadratu, ponieważ od 89' roku rośnie na nawozie pielęgnowanego przez komunistów chamstwa, nienawiści, nieufności, a przede wszystkim nieuczciwości. Polska polityka szczególnie mocno przyciąga przestępców, złodziei i kombinatorów, a także chorych z ambicji megalomanów. Rzadziej masochistów pragnących zmiany, którzy po krótszym, lub nieco dłuższym czasie tracą złudzenia i przyjmują obowiązującą wszem i wobec w naszym kraju zasadę, że zanim podejmiemy jakąś reformę, musimy sobie uświadomić, że się ,,nie da''.

Nie da się zreformować budżetu, nie mówiąc o jego obcinaniu. Nie da się przeformować struktury instytucjonalnej w żadnej dziedzinie życia publicznego. Chore ustawy da się jedynie mocniej zepsuć. A te dobre...moment, mamy takie? Poczynając od konstytucji, nasze prawo jest stworzone tak, by utrudnić życie uczciwemu człowiekowi, a ułatwić lawirantowi. Najgorzej ma klasa średnia i najwyraźniej dlatego za nic nie chce się sama z siebie wytworzyć. A właściwie to wytwarza się, ale poza granicami Polski. Wszystkim tym, którzy mówią, że tak właśnie jest i się nie da, polecam spojrzeć na osiągnięcia Polaków za granicą. Nie mówię o statystykach kradzieży samochodów w Londynie. Chodzi o sukcesy naukowców, dobrobyt zwykłych emigrantów i życie społeczne, które kwitnie w zbiorowościach Polaków, chociażby w USA. Dlaczego tam się da?

To zła polityka, której skutkiem jest nienaturalne prawo jest winna tego, że Polska wygląda tak, a nie inaczej. 20 lat sukcesywnego odzierania Polaków ze złudzeń o lepszej ojczyźnie przyniosło skutki. Młodzi ludzie nie czują żadnej więzi z nową Polską, o starych nie wspomnę. Nowa Polska jest tworem tak nieznośnym, że zainteresowanie jej sprawami na poważnie nieodłącznie wiąże się z problemami nerwowymi. Dlaczego nie możemy cieszyć się Polską? Dlaczego Polska nie może cieszyć nas?

Ponieważ Polska nie jest ideą, którą Polacy mogliby swobodnie realizować w swej codzienności. Polska jest dziś nazwą organizacji przestępczej, która odziera nas z połowy dochodów praktycznie nic nie dając w zamian. Polska jest dziś etykietą przyczepioną do wielkiej urzędniczej machiny mającej za zadanie wiązać nam ręce. Polska jest dziś synonimem porażki pokolenia Solidarności. Nie ma nic wspólnego z ideą za którą ginęło wielu. Jest Polską jedynie z nazwy. I taką pozostanie, dopóki Polacy nie dostaną możliwości działania. Kiedy ją, daj Bóg, kiedyś dostaną, będą doskonale wiedzieć, co robić.

Etykiety: ,

wtorek, 3 sierpnia 2010

Dogmat Krzyża

Kłótnie o krzyż w Polsce mijają się z celem, a wszelka dyskusja na ten temat nie powinna mieć miejsca. Dlaczego? Postaram się pokrótce napisać.

Nie będę się silił na długie wprowadzenie informujące czytelnika czemu i po co powstał ten tekst. Chciałbym wykroczyć nim poza aktualne wydarzenia i spory, ponieważ mam do przekazania kilka prostych myśli, które powinny pojawić się wraz z tematem Krzyża w polskiej debacie publicznej. Co nie znaczy, że się pojawią - jest na to bardzo mała szansa. Przejdę zatem do sedna.

Czymże jest dla 2000-letniej tradycji naszych schrystianizowanych ziem epizod ostatnich 70 lat w których to zewnętrzne organizmy ideologiczne próbują zaszczepić tu sztuczną tkankę, diametralnie inną i obcą? Czym jest idiotyczny postulat nadania praw związku cyklicznej, acz epizodycznej kopulacji jednopłciowej wobec pamięci Wiednia czy Monte Cassino? Czym jest postulat neutralności światopoglądowej i przyjęcia postawy tzw. humanizmu racjonalistycznego wobec milionów zebranych na błoniach w 1979 roku? Czym Gay Pride wobec Jasnej Góry? Otóż nawet największy lewak musi przyznać, że skala porównywanych zjawisk różni się tak diametralnie, że porównania które należałoby przytoczyć dla zobrazowania tej różnicy siłą rzeczy muszą być absurdalne. To jak porównywać ciche pierdnięcie mrówki do wybuchu Krakatau, to jak zestawienie Zakościelnego z Marlonem Brando, to jak poślizgnięcie się Myszki Miki na bananie i śmierć Rolanda. Czemu beztroski spacer przytulonej pary homoseksualistów ma być bezdyskusyjnie akceptowalny, a wokół symbolu naszej Tradycji - Krzyża - toczą się rozmowy, jakby był niezręcznym fantem z którym to nie wiadomo, co zrobić, by uniknąć faux pas? Faux pas tolerancjonisty to zapytanie o wiarę, dla katolika nieprzyklęknięcie przed Najświętszym Sakramentem. Taka jest różnica. Samo porównywanie Tradycji zakorzenionej w naszym narodzie z fanaberiami komunizmu, a obecnie tolerancjonizmu pokazuje, że póki w Polsce zostało jeszcze coś z Polski, to wszelka debata na temat krzyża - czy powinien stać tu, czy nie powinien stać tam - jest bezcelowa.

Nie dajmy się wciągać w debatę z ludźmi niosącymi na sztandarach pacyfki i inne orientalne znaczki mające symbolizować pozornie podniosłe idee. Nie mamy o czym rozmawiać - dziś o aborcji? To może jutro o pedofilii, albo o mieleniu ludzi na mięso do hamburgerów? Czemu nie? Wejście na płaszczyznę dyskusji narzuconą nam przez lewactwo skazuje nas automatycznie na klęskę. Wiem, że większość naszego kręgu kulturowego już weszła na tę równię pochyłą ale i u nas być może jest już za późno na okrzyk ,,Non possumus''. Nie zmienia to jednak imperatywu wpisanego w naszą tożsamość, który czerwoną stalą próbuje się nam wyrwać z piersi od lat kilkudziesięciu. Ten imperatyw to obrona krzyża. Nie jest on racjonalny, ani nadający się do uargumentowania w opasłej knidze pokroju ,,Kapitału'' Marksa. Tę sprawę się czuję. A jeśli się nie czuje to czas na duchową kurację - jeśli tylko nas na nią stać. Krzyż, jako symbol kultury chrześcijańskiej, jest tak naturalny w naszym kraju, jak drzewa z których został zrobiony naturalnie rosnące w lesie. Kwestionowanie jego obecności jest nienaturalne. I nie odmówię sobie tu odrobiny złośliwości - jeżeli lewactwu wszelkiej maści wolno dźwigać na transparenty postulaty zabijania dzieci lub oddawania ich pod opiekę ludziom z problemami tożsamościowymi, to tak samo nam wolno przyjąć dogmat Krzyża. A brzmi on tak - Krzyż powinien stać tam gdzie stoi. Czemu? Bo tak.

W ten sposób zakreślić należy wyraźną linię dzielącą świat wartości od nihilizmu. Po naszej stronie krzyż, po drugiej kondom i płonący stanik. Kończą się powoli czasy ludzi letnich. Czas zdecydować, a dla każdego niewykorzenionego z naszej tożsamości człowieka, wybór jest oczywisty i prosty. I nie chcę słyszeć pustosłowia o tym, że świat nie jest czarno-biały, itp. Takie stwierdzenia nie mają racji bytu na gruncie wartości, które powinniśmy przyjąć jako odnośnik. Po przełamaniu lewackiej retoryki sprawa jest oczywista.

Zakładając sobie własny prywatny okop Św. Trójcy należy sobie jednak zdać sprawe, że w jego murach wielu znalazłoby przytulne schronienie, choć być może nie czuje tej potrzeby zagłuszanej innymi trywialnymi i tak naprawdę zbędnymi potrzebami. Należałoby również liczyć się z tym, że stan naturalny w świecie może już nie wrócić, aż do czasów ostatecznych. To jednak nie ma znaczenia. Zachęcam każdego do szczerego spojrzenia na rzeczy takie, jakimi są, po odrzuceniu czczej gadaniny fałszywych proroków lewactwa. Ostatecznie liczy się tylko Prawda. A również jej symbolem, w całym swym bogactwie symbolicznym dwóch skrzyżowanych linii, jest Krzyż.

Etykiety: , ,

poniedziałek, 17 maja 2010

RBN i czarne skrzynki, czyli zabawa w prezydenta

Pomimo wątpliwości pojawiających się wśród polityków opozycji, Rada Bezpieczeństwa Narodowego zostanie powołana. Sztuczny byt doradczy jakim będzie RBN ma zająć się sprawą czarnych skrzynek z prezydenckiego samolotu.

Istnienie tego tworu można uzasadnić jedynie na dwa sposoby - patrząc na sprawę marketingowo, można ocenić ją jako próbę wywarcia na wyborcach wrażenia, że Bronisław Komorowski rzeczywiście pracuje i, poza głupawymi wypowiedziami dla mediów, potrafi stworzyć coś konkretnego. Zerkając na temat politycznie, możemy przypuszczać, że RBN powstaje po to, by zmarginalizować rolę Biura Bezpieczeństwa Narodowego, w którym póki co nietaktownie będzie zwalniać połowę kadry pamiętającej czasy ś.p. Aleksandra Szczygły.

Jakkolwiek nie patrzeć na ten irracjonalnie wytworzony organ, żaden szanujący się obserwator polityczny nie uznałby jego rangi za poważną. Ten kwiatek u kożucha myśliwskiego drogiego Bronka nie ma umocowania kompetencyjnego ani kadrowego, by zajmować się sprawą tak ważną, jak analiza zawartości czarnych skrzynek ocalonych z katastrofy 10 kwietnia.

Bronisław Komorowski szermuje beztroską w sposób skrajnie nieodpowiedzialny i powierza tak istotną sprawę politykom, którzy choć mogą mieć zdolności retoryczne, organizatorskie, i tak dalej, to jednak nie podejrzewam, by byli zdolni do podjęcia się poważnej analizy zawartości skrzynek. Chyba, że Bronek w gromadzie umiejętności i dobrych cech, którymi chwali się na każdym kroku nie wymienił z wrodzonej modestii tej właśnie? Może planuje przeszkolić w tej dziedzinie gromadę polityków wszelkiej maści, których do ,,pracy'' w RBN sobie przysposobił?

Rada Bezpieczeństwa Narodowego - twór iluzoryczny i sezonowy plus sprawa najwyższej wagi państwowej - czarne skrzynki, równa się pogarda oraz cynizm w walce politycznej. Równa się beztroska i nieodpowiedzialność w zabawie państwem. Równa się kolejny blamaż na drodze do wyborów prezydenckich ze strony Bronisława Komorowskiego. Oby Naród nie pozwolił mu na więcej.

Etykiety: , ,

sobota, 1 maja 2010

Polska polityka po 10.04. Imponderabilia wracają.

Politolodzy, określając stabilność sceny politycznej w danym kraju, zawsze biorą pod uwagę zmiany w rozkładzie mandatów i stopień ich przepływu między poszczególnymi partiami. Jak to się ma do polskiej areny politycznej będącej w stanie reorganizacji po największym tąpnięciu politycznym w Polsce dwudziestego wieku?

Najłatwiej będzie ocenić rolę planktonu w przyszłym sejmie. Będzie to rola co najwyżej trzecioplanowa, a w przypadku większości kanapowych partii tradycyjnie już zabraknie dla nich poparcia, by przebić się ponad próg procentowy. Stąd też spodziewać się możemy konsolidacji i tworzenia się na nowo bloków po obu stronach sceny politycznej. Niewykluczone, że Marek Jurek i Ludwik Dorn czekają z decyzją o powrocie na łono partii matki do czasu zakończenia wyborów prezydenckich, które mogą nieco poprawić ich pozycję przetargową, szczególnie jeśli chodzi o region.

To samo ma się do lewicy, której dodatkowym problemem jest nieprzystawalność do obecnie narzuconej narracji debaty publicznej. Po prostu z lewicą nie ma dziś o czym rozmawiać i o co się spierać. Główne punkty zapalne polskiej debaty publicznej to pole do dialogu między dwoma dominującymi partiami. Dlatego też powrót do bloku o nowej ładnej nazwie to nieuchronna przyszłość dla rozdrobnionej lewicy. Z resztą to jest już niejaka wyborcza tradycja w kręgach lewicowych o czym pisałem kiedyś. Zaznaczyć należy jednak, że w 2010 roku lewica została zepchnięta na margines debaty publicznej co stawia ją w paradoksalnie gorszej pozycji, niż plankton prawicowy znajdujący się obecnie niszy politycznej.

Wzrost patriotyzmu mierzalny zaangażowaniem w politykę i powrotem do debaty publicznej idei narodowych i społecznych (nareszcie - chciałoby się krzyknąć) nie pozwoli na zepchnięcie dyskursu politycznego w kierunku pomyślnych Platformie lekkich dywagacji na lekkie tematy. W debacie znów zaczęły się liczyć imponderabilia, a, czemu nie powinien zaprzeczać żaden uczciwy obserwator, do tej dyskusji najlepiej przygotowane jest dziś Prawo i Sprawiedliwość.

Pamięć o ofiarach 10 kwietnia nie musi skłaniać do głosowania na partię wspieraną przez tragicznie zmarłego prezydenta i jego przyjaciół. Pomimo to Czarny Karnawał, który dla wielu Polaków nadal trwa wraz z jego przedłużeniem, którym staną się zapewne smutne obchody święta 3-go Maja, to czynnik mobilizujący do odejścia od przyziemnej debaty ekonomiczno-społecznej narzuconej w 2007 roku przez Platformę Obywatelską. Partia pragnąca osiągnąć jak najlepszy wynik, nie będzie w stanie dłużej unikać fundamentalnych kwestii w debacie przedwyborczej. Tak jak przez cały czas trwania rządu PO-PSL wielu strategów PiS nawoływało do przebijania Platformy w jej platformerskości, tak dziś przez tragedię smoleńską to Platforma będzie zmuszona do przebicia PiS w jego dobrze rozumianej pisowczykowości. I tu dla partii Donalda Tuska zaczną się schody.

Paradoksalnie przeniesienie dyskursu politycznego na nowy pułap otwiera nowe możliwości koalicyjne w nowym rozdaniu politycznym. Zainteresowana imponderabiliami część PO może łaskawszym okiem spojrzeć na kolegów z PiSu i vice versa. Ciężko przewidzieć czy i w jakim stopniu to obłaskawienie się objawi, jednak załamanie czarno-białego wizerunku polskiej sceny politycznej pt. ,,my - oni'' to fakt już dzisiaj.

Podsumowując, z politologicznego punktu widzenia polska scena poltyczna po 10 kwietnia stabilizuje się. Będzie się ona konsolidować i nie musimy obawiać się żadnych zdecydowanych zmian w rozkładzie sił. Być może po wyborach prezydenckich zmieni się większość parlamentarna, dużo bardziej prawdopodobne jest, że stanie się to po wyborach parlamentarnych. Jednak na pierwszym planie debaty pozostaną Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, które przezwyciężą sezonowość polityczną, i być może przyczynią się do dalszej polaryzacji polskiej polityki.

Czy to dobrze? Moim zdaniem tak. Patrząc na światową politykę nie wybieram włoskiego chaosu czy belgijskiej niestabilności - stawiam na amerykańską stabilność, brytyjską ciągłość i hiszpańską klarowność sceny politycznej. Co wybierzemy, my Polacy, jako całość?

Etykiety: , , ,

piątek, 23 kwietnia 2010

Nie dajmy niszczyć naszej wspólnoty!

Pojawiają się kolejne opinie specjalistów i polityków, mające świadczyć o tym, że katastrofę spowodowała decyzja o lądowaniu, najpewniej wymuszona przez ,,kogoś’’ z pokładu – docelowo ś.p. Prezydenta RP. W całej zabawie chodzi tylko o to, by Polacy zjednoczeni wokół tragedii w jednej chwili uwierzyli, że Lech Kaczyński jest sam sobie winien śmierci swojej i swoich przyjaciół.

Najlepszym przykładem dezinformacji z naszego podwórka jest wypowiedź Leszka Millera dla Dziennika Gazety Prawnej z 22 kwietnia 2010 roku. Miller, oczywiście przypadkowo i nie intencjonalnie, wpisuje się w jazgot centrowych i lewackich mediów europejskich dowodzących za pomocą opinii (co znamienne dla dezinformacji, nie za pomocą argumentów), że za katastrofę odpowiada czynnik ludzki, w domyśle głupota Kaczyńskiego.

Leszek Miller z pobłażliwością i zrozumieniem odnosi się do sytuacji na pokładzie prezydenckiego samolotu. Oczywiście sytuacji całkowicie hipotetycznej, istniejącej jedynie w głowie byłego premiera. Tyle, że pan premier traktuje ją jako fakt. Stwierdza: "Najważniejsza osoba na pokładzie otrzymuje taką informację (o konieczności zmiany miejsca lądowania) i zwykle pada pytanie, co w takiej sytuacji należy robić. Myślę, że w tym feralnym locie do Smoleńska też tak było. Nie mam dowodów, ale wiem jakie są procedury. Sam wielokrotnie byłem o to pytany, lecąc tymi samolotami" - mówił Miller.

Na przykładzie naszego rodzimego postkomunisty możemy wyczuć nowy prąd w dezinformacji na temat tragedii smoleńskiej, który powoli zastępuje nutę żałobną dominującą do pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Nie ma o co się zżymać – propaganda istniała od setek lat. Szczególnie silna propaganda komunistyczna i dezinformacja jej pogrobowców tak samo istniała i jeszcze długo istnieć będzie.

Drogą do przezwyciężenia jej wpływu może być jednak wzmocnienie wspólnoty bólu powstałej wokół tragedii z 10 kwietnia. Istniejącej od tego czasu, a może wręcz wyeksponowanej dopiero wtedy więzi między Polakami nie zerwą kłamstwa ludzi złej woli. Polacy czują podskórnie, że w sprawie smoleńskiej coś nie gra i ktoś cały czas wkłada kij w szprychy polskiej prokuraturze pod przewodnictwem prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta próbującej rzetelnie zbadać sprawę.

Nie stawiam śmiałych tez, poza jedną. Zmarnowawszy owoce ofiary 96 Polaków spod Smoleńska, nie mamy co liczyć na dojście do prawdy. Pozwólmy działać i rozprzestrzeniać się dobru promieniującemu z tego poświęcenia, a prawda i sprawiedliwość zwyciężą.

http://dziennik.pl/polityka/article593073/Wiem_jak_to_jest_gdy_nie_mozna_ladowac.html

Etykiety: ,

wtorek, 13 kwietnia 2010

Hieny wyruszyły już na żer

Od tragedii pod Smoleńskiem dzielą nas dopiero trzy dni ale hieny cmentarne wyczuły już trupią woń i nie czekając na koniec żałoby wyruszyły na żer.

Plastikowe kobiety narzekają na spowodowane obchodami korki, metroseksualni mężczyźni narzekają, bo śmierć prawie setki z najlepszych popsuła im weekendowe plany.

Gabinet Stasiaka jeszcze wczoraj miał wrócić do normalnej pracy. Przeszkodziły protesty rodziny, tłumy ludzi ze świecami i wystawiona dla chętnych księga kondolencyjna robiąca bałagan na biurku.

Po ogłoszeniu miejsca pochówku pary prezydenckiej na krakowskie centrum wkroczyli spontaniczni protestanci pod wodzą dwóch członków Platformy Obywatelskiej, zajmujących się od niedawna podkupywaniem ludzi z list PSL-u i wygryzaniem Gowina. Mają protestować codziennie aż do pogrzebu – ludzie bez twarzy przyłączą się bardzo chętnie.

Krążą plotki, że smutni panowie przyglądnęli się mieszkaniu Wassermanna w Warszawie a pewne jest, że zdążyli już posprzątać w IPN, komisji ds. służb specjalnych i kilku innych newralgicznych miejscach. Nie zapominajmy, że dokumenty zachowane w Kancelarii Prezydenta również znalazły się w zasięgu ręki tych ludzi.

W całej Polsce ludzie bez sumienia rzucają kości o szaty ofiar lotniczej katastrofy. Pamięć poległych szargana jest przez garstkę barbarzyńców, których godzina mocy nadeszła. Wstyd przyznać się do wspólnoty gatunkowej z takim ścierwem. Na pohybel hienom cmentarnym!

Etykiety: ,

piątek, 11 grudnia 2009

Premier boleje a demokracja kuleje

Pan Premier Donald Tusk uroczyście rozdarł szaty nad wyrzuceniem z komisji ds. afery hazardowej posłów Beaty Kempy oraz Zbigniewa Wassermanna z Prawa i Sprawiedliwości. Premier stwierdził, że koalicja nie może sobie pozwalać na takie ruchy, ponieważ to na niej spoczywa odpowiedzialność za sprawne prace komisji.

Otóż, faktem jest, że każda komisja sejmowa powoływana w celu wyjaśnienia konkretnej sprawy, zazwyczaj afery, jest ciałem kolegialnym, reprezentującym Sejm RP, a więc organ docelowo ponadpartyjny i obiektywny. To dopiero Platforma Obywatelska przy walnym udziale Polskiego Stronnictwa Ludowego, jako dwie partie koalicyjne otworzyły nowy rozdział w historii polskich komisji śledczych, zrywając z uczciwym zwyczajem ustanawiania na przewodniczącego komisji przedstawiciela opozycji.

Obecny lament Premiera nad losem niesłusznie wyrzuconych z komisji Kempy i Wassermanna to pokłosie zawłaszczania mechanizmów demokratycznych przez rząd PO-PSL. Nawet w mrocznym okresie afer rządu Leszka Millera, politycy nie posuwali się tak daleko w naginaniu prawa i gwałceniu demokracji dla doraźnych korzyści.

Komisja hazardowa, wedle słów Premiera, firmowana przez koalicję, to cyrk i kpina z demokracji. Bo czym innym może być komisja w której sędzią w sprawie afery polityków PO jest przewodniczący komisji, aktywny polityk PO Mirosław Sekuła, wraz z kolegami Urbaniakiem i Neumannem, czy przypadkowo nieobecnym gdy zajdzie taka potrzeba Stefaniukiem, którzy gwarantują przegłosowanie każdej sprawy, nawet tak kuriozalnej, jak odwołanie posłów śledczych PiS-u tylko dlatego, że Biuro Analiz Sejmowych wydało opinię nie potwierdzającą zarzutów PO-wców, po czym następną potwierdzającą, że przy założeniu, że zarzuty się potwierdzą, Kempę oraz Wassermanna będzie trzeba przesłuchać.

To dzięki PO demokracja w Polsce przestaje wykazywać ostatnie namacalne przejawy istnienia. To dzięki PO komisja do spraw zbadania jednej z największych afer III RP zajmuje się anonimowymi donosami na Gosiewskiego i będzie się nimi zapewne zajmować, aż do zakończenia prac w lutym przyszłego roku,. To Platforma ,,Obywatelska’’ sprawia, że w polskiej polityce przestają obowiązywać prawa demokratyczne. Jeśli zamachnęli się na niezależność organów, na bezstronność prawa i praworządność w polityce, to co ich powstrzyma przed następnymi krokami naprzód w kierunku państwa totalnego?

Ostatnie sondaże dają nadzieje, że na swoje zuchwałe postępki Platforma ma coraz mniej czasu. I bardzo dobrze.

Etykiety: ,